Bo generalnie jest miło, życie na codzień, ludzie, tańce, ploteczki, on z tym, a oni razem, spłata kredytu, spływ kajakowy, picie do późna i narkotyki. Rano wstajesz, rowerem do pracy, a czasem autobus, jak pada, książka, zajęcia dodatkowe, o północy padasz na twarz, kot cię budzi opiątej, bo ja się wyspałem wstawaj. Zakupy trzeba zrobić, a dziś fryzjer w końcu, bo zarosłeś, a nigdy nie uwierzysz, idziemy na obiad na Monte dziś, pierdolone rachunki, a wypłata słaba, nie chę mi się, a dziś sobie zaśpię, cześć fajny jesteś, zostaniesz na noc?

I nagle siedzisz w małym pokoiku i mówisz mężowi czterdziestoletniej kobiety, u której raka wykryto dość szybko i zaledwie miesiąc temu, że właśnie została zdyskwalifikowana z jakiegokolwiek leczenia, na które tak niecierpliwie czekali. A potem kłamiesz, że, mimo że wygląda i czuje się świetnie w porównaniu z chwilą przyjęcia, to zostało jej kilka tygodni życia. Kłamiesz, bo sam dajesz jej góra tydzień po wyjściu ze szpitala. Kłamiesz, bo to by było już, kurwa, za dużo i dla niego i dla ciebie.

Tak naprawdę od popołudnia chcę tylko gdzieś się położyć i wyryczeć, nad sobą, nad nią, nim, nie wiem, ale żeby zeszło odeszło.
Pójdę zaraz na rolki, zjem obiad na mieście, jutro wycieczka, a może ten facet, z którym zaczynam się spotykać jest tym właściwym, dokończę kryminał, wyrżnę w pień hordę króla smoków, będę tańczył, pił, będę śpiewał, mimo że mam zakaz za fałszowanie.

Będę.