Jeżdże do tej pracy rowerem, daleko nie mam, więc nawet grzech by to był ciężki i śmiertelny. Jeżdżę od kwietnia już, chyba że deszcz jak chuj, śnieg, albo milion stopni gorączki. I jadę codziennie pod wiatr, taki dość mocny najczęściej, że czasem mnie i rowerek cofa wręcz. Ale chuj twardy przecież jestem, uda mam już z tytanu, daję radę. Powtarzam, że z powrotem to przecież z wiatrem będzie, więc palec w dupie i jechana. I ja nie wiem czemu, pewnie zmiany ciśnień, temperatury ziemii i morza, bo koło plaży jadę, ale wracam też, kurwa, pod wiatr. Taki mocny najczęściej, że czasem mnie i rowerek cofa wręcz.