W odpowiedzi na dwa najczęściej pojawiające się wątki w komciach pod poprzednią notką i zapewne zadawane w domyśle „Co z ta Polską” śpieszę z odpowiedziami tymi:

1) Tak, rzeczywiście, prosze se wyobrazić, że mam wolne, ale to nie moja, kurwa, wina, że jestem przeklęty przez jebaną wróżkę zimowej zawieruchy i nie moja, kurwa, wina, że je mam-wolałbym mieć, kurwa, kasę za te nadgodziny, za które teraz odpoczywam. Tak więc, tak, ale nie do mnie prestensje uprzejmie proszę. Wolne mam do soboty, ale generalnie w tym miesiącu zajebiście mało pracuję, więc nie należy się spodziewać dolsów i glitersów na niebie. W ramach ratowania świata przed zagładą wziąłem dyżur już w środę jeden, ale raczej wątpie, czy to coś pomoże.

2) Gaga ulala bardzo, bardzo. Chociaż nie mam porównania, bo był to pierwszy koncert tej wielkości, na którym byłem. Zdaje sie, że babka całkiem fajna i dość mądra jest,a na temat wokalny się nie wypowiem, bo się nie znam i nie mam słuchu ani trochę. Show świetne i tak naprawdę głównie na show poszedłem i bardzo, bardzo mi się podobało. I światełka i piosenki i tancerze ze szczególnym uwzględnieniem Michaela z Niemiec, który lubi połlisz gerls (tu pisk z sali) i który lubi połlisz bojs (tu jeszcze większy pisk z sali- natężenie homo nieziemskie), i dekoracje, i efekty, i fragmenty obrazoburcze, i progejowskie. Na Alejandro, która wykonana była absolutnie przecudne się prawie poryczałem, gdyż, jak wiadomo, niezwykle wrażliwy jestem.
Co do płaczu i podziękowań za superzajebisty i najlepszy na świecie prezent. No ludzie, ja nie mogę uwierzyć, że ktoś uważa, że to było prawdziwe i nic się nie spodziewałam, a dodatkowa piosenka nie była w planie. Ale było piękne, prześliczne przerysowane i cudownie kiczowate, jakie powinno być. Powtarzam bardzo, bardzo i Gaga lowe, mimo że mi zajebałaś układ taneczny, na świadków mam, że umiałem wcześniej.
A paru osobom, którym na koncercie życzyłem śmierci, to nadal życzę.