Po dzisiejszym dniu się zastanawiam, jakie spustoszenia czyni we mnie to jebane zen. Się wspinam na wyżyny, kurwa, taktu, świętego spokoju, a tak naprawdę patentowanej kretynce ze szpitalnego Biura Przyjęć mam ochotę wywrzeszczeć w słuchawkę „Czy pani w ogóle, kurwa, rozumie, co ja mówię?”, zjebać, jak psa sanitariusza, po którego mordzie widać, że w czasie pierwszych mejoz, to parę jego chromosomów se w pizdu poszło, a przeegzaltowanej córce pacjentki grzecznie powiedzieć „wypierdalaj” w momencie, w którym żąda ode mnie, żebym mamusię traktował wyjątkowo, bo ma gorączkę, a ona się denerwuje i muszę dać, na piśmie najlepiej, gwarancję, że mamusi przez noc to nic nie będzie.

Ja pierdolę, tam mi jeden wywala niedrożnością, której operacyjnie nie można leczyć, bo mu serce i nerki przestały działać, inna wpada w śpiączkę wątrobową, ktoś tam się skrwawia i czeka na ratujące życie toczenie, połowa oddziału nie ma ciśnienia, a druga połowa nadrabia za tę pierwszą  tylko czekać, aż im w mózgu coś pierdolnie, a ja mam się obsrywać nad temperaturą 38 i oddelegować może jeszcze jedną pielęgniarkę, żeby nad mamusią stała.

I stoję z tą głupią pizdą, czas mi spierdala, pierdyliard pytań i problemów z dupy, ale nie, kurwa, grzecznie, pełnymi zdaniami, bo wiadomo, że pizda już na końcu języka ma prokuratora, dyrektora, TVN i księdza proboszcza.

Z całym szacunkiem i zrozumieniem dla rodzin pacjentów, ale moglibyście proszę zauważyć, że takich wyjątkowych mamuś, tatusiów, babć, czy innych to ja mam pięćdziesięciu, tak? Tak, kurwa?! I może najpierw sami byście w sobie empatię zaktywowali skoro wymagacie jej ode mnie w pełnym wymiarze godzin. Bo mnie o tej osiemnastej bardziej niż mamusina goraczka może na przykład  interesować, że szczałem ostatnio dziesięć godzin temu.