Popłakałem się przy pacjentce. Prawie, zdążyłem wybiec.
Otóż z panią na izbie rozmawiałem co, gdzie i ile razy i się spytałem na co jeszcze choruje. Pani z godnością odpowiedziała, że na chorobę Ojca Świętego. Kąciki ust mi niebezpiecznie zadrgały. Chociaż nic mi nie wiadomo, żeby B16 na coś chorował, ale jako że jestem błyskotliwy niemożebnie, to wpadłem, że przecież jedynym słusznym papieżem, to R2D2 był i doszliśmy do wspólnych wniosków, że to zespół Parkinsona.
Potem pani miała się obnażyć, rzucić na kozetkę i poddać badaniu fizykalnemu. Se siadła w gaciach i staniku, bo za gorąco było i beretu nie miała. Fenomen beretu jest osobną sprawą. Staruszki z pewnych sfer, zdejmą z siebie wszystko, ale berecik zostawią nawet, jak leżą na fotelu ginekologicznym. Mniejsza z tym. Se siedła w gaciach i biustonoszu. Głowa, buzia, szyja, chcę badać dalej. Złapać za łącznik między miseczkami, żeby unieść i słuchawką się do serca dostać. Manewr doskonale opanowany, jak akurat nie muszę badać piersi, a pacjentka wstydem płonie z lęku przed ukazaniem. No gdyby tylko wiedziały. Tak więc łapać chcę, a tam zrolowany w rowku między piersiami Jezus Chrystus z różańcowego krzyża do mnie macha. Kwiknąłem, powiedziałem przepraszam i uciekłem do kibla się wypłakać. Profanum, sodomia i gomoria w najczystszym wydaniu.
A książeczkę do nabożeństwa to bym pewnie przy badaniu per rectum znalazł.