No może nie cały świat, ale kawałek, a już na pewno zapobiegłem medialnej histerii z serii „O kurwa epidemia sepsy”. Bo na jednej z moich licznych sal leży młoda dziewczynka z urosepsą. W końcówce leczenia i niedługo puszczę ją do domu, mimo że średnią wieku pacjentów zajebiście mi zaniża. Owe dziewczę powiedziało koleżance swojej od serca na cóż to niedomaga. Psiapsiółka okazała się być cipą i plotę gorącą w szkole rozpuściła, równocześnie donosząc o wszystkim pani dyrektor. I dziś ordynator mój wcisnął mi w ręce bliżej niezidentyfikowany telefon komórkowy i mówiąc, że to do mnie, uciekł chyżo, zostawiając mnie na korytarzu ze spanikowaną do zesrania dyrektorką szkoły, która to zażądała ode mnie informacji: „Czy ona ma sepsę? Czy to sepsa?? Ja muszę wiedzieć! Bo ci wszyscy ludzie, którzy się z nią stykali… Muszę ewakuować szkołę!” Momentalnie żem się obszczał na tym korytarzu wyprowadzając pacjentów i współpracowników z krążącej dotychczas, a mylnej, opinii, że jestem tylko zdeczko pierdolnięty. Po obszczaniu grzecznie poinformowałem panią, że takich informacji nie mogę jej udzielić, albowiem, ponieważ, bo nie jest upoważniona do ich uzyskiwania. Pani wypierdoliła mi zupełnie histerycznym słowotokiem, któren przerwać się udało prośbą o telefon za chwilę, bo się z ordynatorem skonsultować muszę. Koniec końców wytłumaczyłem, że pacjentka, która posocznicę o dość ciężkim przebiegu miała, tak naprawdę miała ją tylko troszeczkę. Prawie że w ogóle. Nic a nic. Jaką w ogóle urosepsę? Logiczny ten wniosek łyknięto, jak młody pelikan, więc mnie na jutrzejszej okładce „Faktu” niestety mnie nie będzie.
Ja pierdolę i takie ludzie mają moje dzieci uczyć!