Tym oto oficjalnym pytaniem zakończyłem poniedziałkową odprawę. Oficjalnym, bo bardziej adekwatnym byłby przymiotnik „pojebanych”, ale w ramach szeroko pojętego dobrego wychowania ograniczyłem się tylko do takiego epitetu. Chwilowo mam serię wyjątkowo pierdolniętych pacjentów z równie upośledzonymi rodzinami. Aroganckie to, zarozumiałe i gówno wiedzące, ale wpierdala się do wszystkiego. Nie będzie mnie student ochrony środowiska pouczał, jak leczyć zakażenie cytomegalią u chorego z immunosupresją, ani jakiś homo simplex żądać „kroplówki na naprawę krwi”. Się nie podoba, to wypierdalać. Można szpital, albo lekarza prowadzącego zmienić, takie wasze prawo. Tyle że jak tylko, to proponuję, to nagle cisza na sali i już nikt o nic pretensji nie ma. Ale łapią chwilę oddechu i znowu się w mi w kompetencje wpierdalają. Jak tacy mądrzy, to proszę bardzo, mogę kartę zleceń i historię dać, wcale mi nie zależy, żeby akurat pana/panią leczyć, mam co robić. Tylko potem nie płakać, że się czegoś nie wie i nie rozumie, bo ja też potrafię być strasznie złośliwy. I zamiast przystępnie, dużymi literami coś wytłumaczyć, mogę wielosylabową i zajebiście fachową terminologią napierdalać. I co mi zrobisz, hę?

Jak na razie wspinam się na szczyty cierpliwości w między czasie przekonując współpracowników, żeby może się ze mną na pacjentów zamienili. Co niezbyt zgrabnie wychodzi, bo bardzo niechętni ku temu są, poza tym proces przekonywania notorycznie przerywany jest telefonami od pielęgniarek, a bo to jakiś smarkacz odmawia przyjęcia antybiotyku, bo ma wirusa, a wirusa antybiotykiem, to się nie leczy. I prawda to święta, nie leczy się wirusa antybiotykiem. Tylko, że ty że chłopcze, chuja masz na czole, a nie wirusa.