Wczorajszy dzień zaczął się rozkosznie. Pani radiolog wkurwiła się na pana patomorfologa, więc zjebała mnie. Tak więc od 8:55 humor w dupę, piana na ryju i poszukiwanie możliwości odreagowania. A tu chuj nikt rozminować mnie nie chciał. Pacjenci grzeczni, zadowoleni z obsługi, nieroszczeniowi, pewnie ostrzeżeni przez podłe pielęgniarki się przejęli i mili postanowili być. Następnym razem nie będę podłych pań pielęgniarek uprzedzał sygnałem dźwiękowym „Dzień dobry. Proszę się nie zbliżać. Jestem wkurwiony jak chuj”. Jeden na tyle się przejął, że spierdolił z oddziału. Rozważałem nawet nasłanie na niego policji i straży miejskiej, ale brak czasu nie pozwolił, bo od południa, jeszcze w promocji pizdę przyjęć dostałem. Wkurw do tej pory objawiający się rzucaniem kurwami i toczeniem piany z ryja, narósł do stroszenia sierści, piany cieknącej każdym porem i nadużywaniem słowa „jebać”.
Na izbie też nikt nie dał podstaw do pyskówki. Standardowe procedury, jak straszenie TVNem, prokuraturą i księdzem proboszczem wyjątkowo nie miały miejsca. Kurwa, nawet nikt nie powiedział, że coś mu się należy. Nic, nic, nic. A wkurw posiany rozrastał się na potęgę. W ramach odprężenia zacząłem dzwonić do autorów najgłupszych skierowań. W tym do p. dr. n. med., której wytłumaczyłem zwiewną różnicę między neurologią a interną i do której z tych grup kwalifikuje się udar mózgu. W końcu ma doktorat i nie musi już, kurwa, wiedzieć. Drugą panią niestety nie udało mi się porozmawiać, a już miałem przygotowany zgrabny monolog na temat diagnostyki różnicowej między niewydolnością wątroby a częstoskurczem nadkomorowym. Z użyciem fraz: „Co panią [kurwa] skłoniło do postawienia takiego rozpoznania?” oraz „A czy [do kurwy nędzy] w ogóle zbadała pani pacjenta?”.

Tu od razu powiedzieć muszę, że nie mam urojeń o własnej wszechwiedzy i uogólnionej zajebistości. Ponad to debilne skierowania nie są jakieś zajebiście częste, ale nieważne, jak mi się nie chce, jak wkurwiony jestem i w złym nastroju, zawsze zbadam tego człowieka i jakiś wywiad z nim zbiorę, chociażby po to, żeby kogoś innego w niepotrzebną robotę nie wpierdalać, na durnia nie wyjść i chorego nie męczyć. A za wystawianie skierowania przez telefon jestem w stanie zajebać.

Ale wracając. I tak all day i all night long. Rano jak już chciałem z roboty wypierdalać, żeby tonizująco zajarać się na śmierć, się okazało, że muszę od zajebania dokumentacji na temat zgonów na oddziale wklepać w komputer. Taki nowy pomysł dyrekcji. Non profit oczywiście i do wykonania w pracy, ale poza jej godzinami. I, kurwa, nie można tego do domu wziąć, gdzie jebnąłbym się z lapem, fają i kawą na kanapę, bo przecież to dokumentacja ściśle tajna, a wiadomo, że ja zaraz wszystko, co mi w ręce wpadnie rozpowszechniam i znana jest moja współpraca z „Super Expresem”. A nawet gdyby można było, to dane zapisywać trzeba w programie, który powstał w epoce kamienia łupanego, albo, kurwa, parę wieków wcześniej i działa tylko w pierdolniku.

Tak więc na jutrzejszy dyżur pędzę z uśmiechem i z hasłem na ustach „Już ja wam, kurwa, urządzę Święto Zmarłych”.