Idziesz wyrobić nowy dowód, nawet z kompletem dokumentów, przed tobą w kolejce tylko 115 osobonumerków. Pół godziny i trzy papierosy zajmuje ci dojście do wniosku, że trzeba być pojebanym głęboko, żeby czekać. Nosz nie najgorszy wynik. Oczywiście z UM wychodzisz na deszcz i piździawicę.

Kupujesz zielone oliwki bez pestek. W domu z siatki wyjmujesz czarne, nie dość, że, kurwa, z pestkami, to jeszcze w zalewie z kwasu mlekowego, który smakuje, jakby był odzyskiwany ze szczochów podstarzałych surykatek.

Przynosisz z zakupów pięć ton jogurtów, bo się na pewno już pokończyły. W lodówce znajdujesz kolejne piętnaście ton. O jakie, kurwa, zaskoczenie! Zeżarcie wszystkiego przed upływem terminu ważności grozi mało radosnym rozesraniem.

Wybudzony z popołudniowej kimy interpretujesz test ciążowy. Tak, kurwa, tak!

Robisz se którąś już kawę, bo hipotensja już zagraża życiu. W ramach ratowania się, kładziesz się na kanapie. Ale co to? Co to? Kawa w kuchni została. I co masz wstać? Wstać?! Przecież się, kurwa, przewrócisz. Jebniesz głową w krzesło/stół, czy w inne chujostwo w zasięgu omdlenia. I umrzesz z rozpierdolonym łbem. Jak to będzie w trumnie wyglądać?! To już lepiej się nie ruszać. Obmyślasz, jaką godną pozycję przybrać, żeby nawet, jako zezwłok, wzbudzać jęki zachwytu.

Głęboko się zastanawiasz, o co w tym wszystkim, kurwa, chodzi. Bo typowo w takim stanie włączył ci się modus egzystencjalny. Jak zwykle nie dochodząc do żadnych konstruktywnych wniosków. Ojej, naprawdę? Do żadnych? Och, jakże mi, kurwa, przykro.

Błogosławieństwo moje niech będzie z Wami.